|
|
niedziela, 01 lipca 2007
Muszę abdykować!
Znowu coś przepysznego ugotowałam. Znowu więcej w garnku niż na jedną osobę. Ale to nie przypadek. Ale to nie dlatego, że nie umiem zaplanować ilości. Ja-matka m-u-s-z-ę n-a-k-a-r-m-i-ć d-z-i-e-c-k-o! Ale ja człowiek nie muszę nikogo karmić. Pełen garnek jedzenia pachnącego nadaje się do zjedzenia! I głodni czują, że zaraz to zjedzą! Nie czują, że tracą samodzielność w zapewnianiu sobie jedzenia! Że skuszą się na gotowe jedzenie i już nie zdecydują sami, co by chcieli zjeść i co by tu sobie samemu przyrządzić! Ale już nie jest takie moje dziecko. Właśnie ono teraz protestuje. Nie chce być ubezwłasnowolnione przez mój garnek pełen żarcia. A ja pokazałam palcem garnek z jedzeniem i zachęciłam, żeby może spróbować? Koszmar! Podstępnie chciałam odebrać wolność człowiekowi. Perfidnie chciałam zmusić do nabrania apetytu na otrzymywanie gotowego. Głupio chciałam zrobić z dziecka marionetkę, lalkę śliniącą się na widok papu. I potem męczyć się z takim automatem do mojego jedzenia przez jakieś czterdzieści czy pięćdziesiąt lat. NIE MA TAKIEGO! I czego się dowiedziałam? Tego samego co wczoraj, przedwczoraj i od jakichś paru lat - i co w ogóle nie trafia do mojego matczynego mózgu! Że mam nie drażnić dziecka, bo nigdy nie stanie się dorosłe. A wtedy to kto będzie najbardziej żałował? Ja sama, ale wtedy to będzie za późno, bo staruch ze zwyczajami dziecka nie stanie się dorosły. Dlatego muszę coś zrobić z moim matczynym odruchem - wykasować toto z siebie. Czyli po prostu jako matka muszę oddać swoje królowanie, zejść z tronu, muszę abdykować!
Tron matki
No właśnie, przecież abdykuję - znaczy mam z czego. Z królowania - matkowania. Z tronu matki niewzruszonego. Z tronu otoczonego hołdem. Sama sobie wstąpiłam na ten tron. Sama go sobie wykułam, utworzyłam z pragnień, dążeń i marzeń. Mocny miał być ten mój stan królowania, a w nim gruntowna wiedza, w wyrokach i decydowaniu nieomylność, a nade wszystko w obdarzaniu miłością wszechogromna szczodrość. Z wielką siłą wyobraźni powstało wyobrażenie o trwałości tronu matki. Przecież nie można niczym przekreślić macierzyństwa, jeśli się go pragnie i akceptuje. Tron mojego matkowania z początku jaśniutki i przejrzysty był. Ale teraz nabrał mocy przez wiele doświadczeń. Jest to moje matkowanie uparte, uzasadnione, użyteczne, umotywowane, ukształtowane. Mebel to jest trwały, solidny z grubych ciosany dech. Ciężko by go było przesunąć nawet siłaczowi. Nawet tak mocny stał sie mój tron matkowania, że przywarł do Ziemi, że nic go nie poruszy. Że cień rzuca poza siebie samego. Że w tym cieniu już się odnaleźć nie może nic, co by nie należało do samego tronu. Całe to matkowanie stało się nazbyt wielkie, zbyt przytłaczające, nadmiernie rozprzestrzenione na wszystkie sekundy i centymetry. Matkowanie tak wzniosłe, podniesione i zachwycające, że aż nieznośne dla dzieci, tak pompatyczne, że wprost śmieszne i niepotrzebne, jak niepotrzebna nikomu nadmierna ofiara.
Matka podsumowana
No nie wiem dlaczego teraz się podsumuję... Moja wewnętrzna potrzeba. Może dlatego, że jestem matką od wielu lat? może dlatego, że rutyna mnie przeżarła? może dlatego, że jedno dziecko właśnie wyjechało na wakacje? może dlatego, że drugie dziecko jest dorosłym staruchem i leży na kanapie? To już mój któryś blog, ale teraz poprowadzę ze sobą rachunek. A więc podsumowuję: jestem matką od wieków, mam do wychowania dwa okropne potwory, zaledwie w połowie to moje dzieci, ale w drugiej połowie genetycznie są mi obce, matkuję im co dzień niezmordowanie, nadążam i przewiduję, co by tu jeszcze, a jednak wciąż nie zdążam z jakimiś skarpetkami, nowymi koszulkami, stanikami, potrzebnymi zeszytami i spinaczami. Ja uważam, że wraz z moimi staraniami jestem w porządku. No, jak się to mówi, robię, co mogę, ale oni są najczęściej innego zdania. Moje toksyczne pociechy. One po prostu pożerają mnie, jak niezmordowane zielone tłuściutkie lichy, co pożerają liść.
|